70 rocznica urodzin Zbigniewa Wodeckiego
Był utalentowanym wirtuozem skrzypiec, kompozytorem i śpiewakiem.
Słynny multiinstrumentalista, wirtuoz skrzypiec, kompozytor i śpiewak Zbigniew Wodecki, urodził się w Krakowie lub Łaziskach na Górnym Śląsku, w rodzinie Ireny (1921–1974) i Józefa Wodeckiego (1911–1980), trębacza orkiestry symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji w Krakowie.
Zbigniew Wodecki zmarł, mając lat 67.
Zabił go udar mózgu.
Swoje związki z muzyką rozpoczął bardzo wcześnie - w wieku 5 lat. Z wyróżnieniem ukończył Państwową Szkołę Muzyczną II st., im. W. Żeleńskiego przy ulicy Basztowej w Krakowie, w klasie skrzypiec Juliusza Webera.
Jego kariera zawodowa rozpoczęła się, od końca lat 60. XX wieku. Najpierw był związany z kabaretem Piwnica pod Baranami i zespołem Anawa oraz z orkiestrą symfoniczną Polskiego Radia i Krakowską Orkiestrą Kameralną. W latach 1968–1973 akompaniował młodej śpiewaczce Ewie Demarczyk.
W 1972 roku zadebiutował, jako piosenkarz na festiwalu w Opolu. Szczycił się sukcesami na wielu festiwalach: Rostock, Praga, Słoneczny Brzeg – nagroda za wykonanie piosenki bułgarskiej w 1984 roku, Sopot.
Największe jego przeboje to: "Chałupy Welcome to", "Lubię wracać tam, gdzie byłem", „Z Tobą chcę oglądać świat" (duet ze Zdzisławą Sośnicką), "Zacznij od Bacha", "Izolda", "Opowiadaj mi tak".
Popularność przyniosły mu także, wykonania piosenek tytułowych, z animacji Pszczółka Maja i Rudolf czerwononosy renifer. Występował także w kabarecie z Zenonem Laskowikiem (wg. Wikipedii).
Marcin Wrona wspomina - Kiedy skandowali: "Pszczółka Maja!", czuł się sfrustrowany.
Wodecki oczami córki - opisuje Marcin Wrona
- Byliśmy tak wychowani przez mamę, że gdy ktoś miał wrócić bardzo późno, to miał się meldować. A tato potrafił nawet podwieźć na jakieś imprezy czy spotkania (...)
W przypadku szaleństw, chociażby licealnych, był zawsze fajny i można było na nim polegać, czasem nawet zgarnął nas nad ranem, po jakimś fajnym szalonym spotkaniu - wspomina Kasia Wodecka-Stubbs, młodsza córka Zbigniewa Wodeckiego, w rozmowie z Magazynem TVN24.
Gdyby żył, 6 maja świętowałby 70. urodziny. Zbigniewa Wodeckiego nie trzeba nikomu przedstawiać. Starsi pamiętają go z estrady i "Pszczółki Mai", młodsze pokolenie - z TVN-owskiej edycji "Tańca z gwiazdami", a jeszcze młodsi, odkryli go podczas największych polskich festiwali.
Chodzi o festiwale: OFF Festival w Katowicach i Open'era, gdzie występował z zespołem Mitch&Mitch. Zmarł nagle 22 maja 2017 roku, w szpitalu w Warszawie, na udar mózgu. Grał na skrzypcach, trąbce i fortepianie, śpiewał barytonem.
Był wirtuozem skrzypiec, wokalistą, kompozytorem, aranżerem, gwiazdą telewizji, showmanem, dobrym, wesołym, wspaniałym człowiekiem, ojcem, przyjacielem. Mówi o ojcu, w rozmowie z Magazynem TVN24, jego młodsza córka Kasia Wodecka-Stubbs (tvn24.pl (http://www.tvn24.pl).
- Często z rodzeństwem podglądaliście tatę przy pracy? Tata komponował i pracował w domu, więc była to część naszego życia. Staraliśmy się nie przeszkadzać tacie podczas pracy z Januszem Terakowskim, (autor tekstów m.in. do "Zacznij od Bacha" czy "Izoldy").. On miał swój kącik, a my ganialiśmy wokół.
Były to też fajne spotkania rodzinne, ponieważ z rodziną Terakowskich byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni. Kręciliśmy się tam gdzieś, jak panowie spotykali się przy kawce, papierosku czy cygarze i komponowali sobie. To było tło naszego dzieciństwa.
Jednak gdy tato już sam komponował, zapisywał partytury przy fortepianie, to staraliśmy się nie wchodzić. Drzwi były zamknięte.
Co roku robiliśmy rundkę samochodem z tatą, jadąc na cmentarz, do naszej babci, tato bardzo był związany ze swoją mamą. To było w okolicach urodzin babci lub dziadka. Podjeżdżaliśmy pod stary dom i szukaliśmy na murze litery "Z", którą tato wydrapał na elewacji kamienicy, jak był małym chłopcem.
Dom dziadków, chociaż był niewielki, to grał. Pełen gości muzyków. Natomiast babcia, która przepięknie śpiewała, uwielbiała ich gościć i gotować dla wszystkich obiady. To był rozśpiewany i pachnący rosołkiem i wypiekami dom. A wasz dom rodzinny był podobny?
Tak było szczególnie w latach 70. i 80., gdy tato grał w krakowskich klubach, przede wszystkim w Piwnicy pod Baranami, Pod Jaszczurami czy w Kolorowej. Panowie spotykali się tam, żeby grać jazz, muzykę Jana Kantego Pawluśkiewicza i Marka Grechuty, czy muzykę Piwnicy pod Baranami.
Mieszało się więc krakowskie towarzystwo. Ale tak zawsze było, że wokół Rynku wszyscy się znali. Do tej pory - pomijając czas pandemii - nie da się wyjść na Rynek, żeby kogoś znajomego nie spotkać. Wtedy byli to głównie pan Piotr Skrzynecki, pani Krystyna Zachwatowicz.
W naszym domu kłębiło się dużo osób. Oglądając zdjęcia z wesela moich rodziców, widać tłum towarzystwa artystycznego Krakowa. Na tych fotografiach, na niewielkiej przestrzeni kotłuje się około stu osób, a wśród nich właśnie Piotr Skrzynecki czy pani Ewa Demarczyk oraz całe towarzystwo muzyczne i aktorskie tamtejszego Krakowa.
Rodzice pobrali się z początkiem lat 70. XX wieku Później też się u nas dużo grało, spotykało się w kuchni przy dużym stole. My, dzieci, nieszczególnie śpiewaliśmy, tylko biegaliśmy. Śpiewano też arie operowe. A jak przyjeżdżały Wały Jagiellońskie, to wtedy była zabawa na całego.
Karty, poker, my na barana i fikołki. W latach 90., gdy sama byłam nastolatką, tata coraz więcej wyjeżdżał, więc takich spotkań było już mniej.
- Tato później wielokrotnie podkreślał, że miał trudne dzieciństwo, jeśli chodzi o ćwiczenie gry na instrumencie. Bo gdy inni chłopcy biegali po łąkach i grali w piłkę, on po kilka godzin dziennie musiał ćwiczyć. Dziadek był znakomitym muzykiem i nie pozwalał na byle jakie granie.
Ale tato nie przeniósł tego na nas, chociaż też chodziliśmy do podstawowej szkoły muzycznej. Dzięki temu mieliśmy dużą przyjemność niećwiczenia, gdy tato był w domu. Po prostu nie mógł wytrzymać, gdy graliśmy na instrumentach. Nauka gry na przykład na skrzypcach jak się ma 7 lat jest bardzo trudna.
Żeby nie fałszować, trzeba poświęcić kilka lat i mieć jednocześnie znakomity słuch. W moim przypadku był to obój. Jak zaczynałam grać, tato wychodził. Nie był w stanie tego znieść (uśmiech). Najlepiej znosił naszą grę na fortepianie. Na początku próbował z nami ćwiczyć. Chciał być kochany.
Ale po pięciu minutach dostawał szału i wychodził. Po dwóch, trzech latach szkoły podstawowej, skończyło się na tym, że graliśmy, gdy taty nie było w domu, żeby nie narażać się na jakąś niecierpliwość z jego strony. (http://www.tvn24.pl)
- Tato nie przepadał za muzyką popularną. Śpiewanie, granie w domu - tak. Ale radio nie mogło być włączone. Gdy słuchaliśmy swojej muzyki, to tylko na słuchawkach walkmana albo w swoim pokoju. Tato nie przepadał za muzyką, którą moglibyśmy nazwać jako popową.
Jesteśmy wychowani na muzyce Nata King Cole'a, Quincy Jonesa czy Franka Sinatry, ale gdy tato wracał do domu to "muzykę radiową" się wyłączało. Chodziło o to, żeby nie drażnić jego słuchu. Czasami może też chodziło o zwykłe zmęczenie. Muzykę z radia nazywał "brzęczącą". Określał ją też jako "popelinę". (http://www.tvn24.pl)
Źródło: https://tvn24.pl/magazyn-tvn24/kiedy-skandowali-pszczolka-maja-czul-sie-sfrustrowany-wodecki-oczami-corki,268,4712
Zbigniew Wodecki, Najszczęśliwszy maj - https://www.youtube.com/watch?v=W3JxnZn0Pms
Oprac. Stanisław Cybruch
Słynny multiinstrumentalista, wirtuoz skrzypiec, kompozytor i śpiewak Zbigniew Wodecki, urodził się w Krakowie lub Łaziskach na Górnym Śląsku, w rodzinie Ireny (1921–1974) i Józefa Wodeckiego (1911–1980), trębacza orkiestry symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji w Krakowie.
Zbigniew Wodecki zmarł, mając lat 67.
Zabił go udar mózgu.
Swoje związki z muzyką rozpoczął bardzo wcześnie - w wieku 5 lat. Z wyróżnieniem ukończył Państwową Szkołę Muzyczną II st., im. W. Żeleńskiego przy ulicy Basztowej w Krakowie, w klasie skrzypiec Juliusza Webera.
Jego kariera zawodowa rozpoczęła się, od końca lat 60. XX wieku. Najpierw był związany z kabaretem Piwnica pod Baranami i zespołem Anawa oraz z orkiestrą symfoniczną Polskiego Radia i Krakowską Orkiestrą Kameralną. W latach 1968–1973 akompaniował młodej śpiewaczce Ewie Demarczyk.
W 1972 roku zadebiutował, jako piosenkarz na festiwalu w Opolu. Szczycił się sukcesami na wielu festiwalach: Rostock, Praga, Słoneczny Brzeg – nagroda za wykonanie piosenki bułgarskiej w 1984 roku, Sopot.
Największe jego przeboje to: "Chałupy Welcome to", "Lubię wracać tam, gdzie byłem", „Z Tobą chcę oglądać świat" (duet ze Zdzisławą Sośnicką), "Zacznij od Bacha", "Izolda", "Opowiadaj mi tak".
Popularność przyniosły mu także, wykonania piosenek tytułowych, z animacji Pszczółka Maja i Rudolf czerwononosy renifer. Występował także w kabarecie z Zenonem Laskowikiem (wg. Wikipedii).
Marcin Wrona wspomina - Kiedy skandowali: "Pszczółka Maja!", czuł się sfrustrowany.
Wodecki oczami córki - opisuje Marcin Wrona
- Byliśmy tak wychowani przez mamę, że gdy ktoś miał wrócić bardzo późno, to miał się meldować. A tato potrafił nawet podwieźć na jakieś imprezy czy spotkania (...)
W przypadku szaleństw, chociażby licealnych, był zawsze fajny i można było na nim polegać, czasem nawet zgarnął nas nad ranem, po jakimś fajnym szalonym spotkaniu - wspomina Kasia Wodecka-Stubbs, młodsza córka Zbigniewa Wodeckiego, w rozmowie z Magazynem TVN24.
Gdyby żył, 6 maja świętowałby 70. urodziny. Zbigniewa Wodeckiego nie trzeba nikomu przedstawiać. Starsi pamiętają go z estrady i "Pszczółki Mai", młodsze pokolenie - z TVN-owskiej edycji "Tańca z gwiazdami", a jeszcze młodsi, odkryli go podczas największych polskich festiwali.
Chodzi o festiwale: OFF Festival w Katowicach i Open'era, gdzie występował z zespołem Mitch&Mitch. Zmarł nagle 22 maja 2017 roku, w szpitalu w Warszawie, na udar mózgu. Grał na skrzypcach, trąbce i fortepianie, śpiewał barytonem.
Był wirtuozem skrzypiec, wokalistą, kompozytorem, aranżerem, gwiazdą telewizji, showmanem, dobrym, wesołym, wspaniałym człowiekiem, ojcem, przyjacielem. Mówi o ojcu, w rozmowie z Magazynem TVN24, jego młodsza córka Kasia Wodecka-Stubbs (tvn24.pl (http://www.tvn24.pl).
- Często z rodzeństwem podglądaliście tatę przy pracy? Tata komponował i pracował w domu, więc była to część naszego życia. Staraliśmy się nie przeszkadzać tacie podczas pracy z Januszem Terakowskim, (autor tekstów m.in. do "Zacznij od Bacha" czy "Izoldy").. On miał swój kącik, a my ganialiśmy wokół.
Były to też fajne spotkania rodzinne, ponieważ z rodziną Terakowskich byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni. Kręciliśmy się tam gdzieś, jak panowie spotykali się przy kawce, papierosku czy cygarze i komponowali sobie. To było tło naszego dzieciństwa.
Jednak gdy tato już sam komponował, zapisywał partytury przy fortepianie, to staraliśmy się nie wchodzić. Drzwi były zamknięte.
Co roku robiliśmy rundkę samochodem z tatą, jadąc na cmentarz, do naszej babci, tato bardzo był związany ze swoją mamą. To było w okolicach urodzin babci lub dziadka. Podjeżdżaliśmy pod stary dom i szukaliśmy na murze litery "Z", którą tato wydrapał na elewacji kamienicy, jak był małym chłopcem.
Dom dziadków, chociaż był niewielki, to grał. Pełen gości muzyków. Natomiast babcia, która przepięknie śpiewała, uwielbiała ich gościć i gotować dla wszystkich obiady. To był rozśpiewany i pachnący rosołkiem i wypiekami dom. A wasz dom rodzinny był podobny?
Tak było szczególnie w latach 70. i 80., gdy tato grał w krakowskich klubach, przede wszystkim w Piwnicy pod Baranami, Pod Jaszczurami czy w Kolorowej. Panowie spotykali się tam, żeby grać jazz, muzykę Jana Kantego Pawluśkiewicza i Marka Grechuty, czy muzykę Piwnicy pod Baranami.
Mieszało się więc krakowskie towarzystwo. Ale tak zawsze było, że wokół Rynku wszyscy się znali. Do tej pory - pomijając czas pandemii - nie da się wyjść na Rynek, żeby kogoś znajomego nie spotkać. Wtedy byli to głównie pan Piotr Skrzynecki, pani Krystyna Zachwatowicz.
W naszym domu kłębiło się dużo osób. Oglądając zdjęcia z wesela moich rodziców, widać tłum towarzystwa artystycznego Krakowa. Na tych fotografiach, na niewielkiej przestrzeni kotłuje się około stu osób, a wśród nich właśnie Piotr Skrzynecki czy pani Ewa Demarczyk oraz całe towarzystwo muzyczne i aktorskie tamtejszego Krakowa.
Rodzice pobrali się z początkiem lat 70. XX wieku Później też się u nas dużo grało, spotykało się w kuchni przy dużym stole. My, dzieci, nieszczególnie śpiewaliśmy, tylko biegaliśmy. Śpiewano też arie operowe. A jak przyjeżdżały Wały Jagiellońskie, to wtedy była zabawa na całego.
Karty, poker, my na barana i fikołki. W latach 90., gdy sama byłam nastolatką, tata coraz więcej wyjeżdżał, więc takich spotkań było już mniej.
- Tato później wielokrotnie podkreślał, że miał trudne dzieciństwo, jeśli chodzi o ćwiczenie gry na instrumencie. Bo gdy inni chłopcy biegali po łąkach i grali w piłkę, on po kilka godzin dziennie musiał ćwiczyć. Dziadek był znakomitym muzykiem i nie pozwalał na byle jakie granie.
Ale tato nie przeniósł tego na nas, chociaż też chodziliśmy do podstawowej szkoły muzycznej. Dzięki temu mieliśmy dużą przyjemność niećwiczenia, gdy tato był w domu. Po prostu nie mógł wytrzymać, gdy graliśmy na instrumentach. Nauka gry na przykład na skrzypcach jak się ma 7 lat jest bardzo trudna.
Żeby nie fałszować, trzeba poświęcić kilka lat i mieć jednocześnie znakomity słuch. W moim przypadku był to obój. Jak zaczynałam grać, tato wychodził. Nie był w stanie tego znieść (uśmiech). Najlepiej znosił naszą grę na fortepianie. Na początku próbował z nami ćwiczyć. Chciał być kochany.
Ale po pięciu minutach dostawał szału i wychodził. Po dwóch, trzech latach szkoły podstawowej, skończyło się na tym, że graliśmy, gdy taty nie było w domu, żeby nie narażać się na jakąś niecierpliwość z jego strony. (http://www.tvn24.pl)
- Tato nie przepadał za muzyką popularną. Śpiewanie, granie w domu - tak. Ale radio nie mogło być włączone. Gdy słuchaliśmy swojej muzyki, to tylko na słuchawkach walkmana albo w swoim pokoju. Tato nie przepadał za muzyką, którą moglibyśmy nazwać jako popową.
Jesteśmy wychowani na muzyce Nata King Cole'a, Quincy Jonesa czy Franka Sinatry, ale gdy tato wracał do domu to "muzykę radiową" się wyłączało. Chodziło o to, żeby nie drażnić jego słuchu. Czasami może też chodziło o zwykłe zmęczenie. Muzykę z radia nazywał "brzęczącą". Określał ją też jako "popelinę". (http://www.tvn24.pl)
Źródło: https://tvn24.pl/magazyn-tvn24/kiedy-skandowali-pszczolka-maja-czul-sie-sfrustrowany-wodecki-oczami-corki,268,4712
Zbigniew Wodecki, Najszczęśliwszy maj - https://www.youtube.com/watch?v=W3JxnZn0Pms
Oprac. Stanisław Cybruch
Komentarze
Prześlij komentarz