Dwie ziemianki i dwie opowieści wprost z życia
Pojawiła się pierwsza w Polsce, nowoczesna - wyposażona w słoneczne i wiatrowe ogrzewanie, ziemianka.
Gdy byłem dzieckiem, mieszkałem z rodzicami na wsi ponad rok - również w ziemiance. Była prymitywna, malutka i ciasna.
Bandy UPA spaliły nam trzeci z kolei dom. Tak polowały zbrojnie nocami na Polaków.
Kto nie potrafił na klęczkach, przed hersztem banderowców, powiedzieć bezbłędnie pacierza po Ukraińsku, dostał kulę w łeb, a dobytek z budynkami, szły z dymem.
W naszym przypadku, ojcu udało się uciec spod lufy bandytów, ale utraciliśmy wszystko, co niezbędne do życia. Nie mieliśmy noża, łyżki, talerza, kubeczka czy rondla do gotowania zupy. I nie było z czego jej ugotować.
W ziemiance była kuchenka z fajerkami, wyjętymi z pogorzeliska, mały stół, prycza z patyków i fragmentów desek uzyskanych z pożaru - dla rodziców oraz skromne łóżeczko dla mnie.
Ziemianka nie miała oczywiście wody bieżącej do picia i gotowania, ani przewodów ściekowych, była najprymitywniejsza, jaką dziś trudno opisać i wyobrazić sobie.
Opał i ogrzewanie w nocy i w dzień, zastępował torf kopany na naszej łące i suszony latem na słońcu.
Całą zimę żyliśmy w okropnym głodzie. Nie było nic do jedzenia. Zboże w stodole i zwierzęta zostały spalone.
Rodziny ukraińskie, żyjące od wieków po sąsiedzku z Polakami, choć ich UPA nie zabijała ani nie paliła, nie chciały dać czy sprzedać, nawet kromki chleba.
Mieliśmy jedynie mleko od krowy, którą ojciec zdołał uchronić przez ogniem, bo dała się wyprowadzić z obory.
Spłonęły dwa konie, pięć świń, kilkadziesiąt kur i gęsi, kilkanaście królików, pies i siano dla krowy.
Tymczasem obecnie w Mierzeszynie koło Pruszcza Gdańskiego, powstała pierwsza w Polsce, nowoczesna ziemianka.
Jej mieszkańcy czerpią wodę ze studni, zbierają też deszczówkę, energii dostarcza im wiatr i słońce. Budynek ma więc prąd, choć nie ma linii energetycznej. Nie ma też kanalizacji. Oznacza to, że użytkowanie jego nic nie kosztuje.
Ziemianka, jak czytamy w dziennik.pl, powstała z odpadów. Architektka, która go zaprojektowała i wywalczyła pozwolenie na budowę - Julita Wróbel-Siemieniuk - podkreśla, że takie ekologiczne domy, budowane z materiałów odpadowych, od lat zdobywają świat.
Właścicielom ten dom tak się spodobał, że postanowili wybudować pod Gdańskiem inną ziemiankę, zatopioną w zboczu, jako inwestycję turystyczną z obiektem gastronomicznym - podaje dziennik.pl.
Źródło: nieruchomosci.dziennik.pl.
Oprac. Stanisław Cybruch
Gdy byłem dzieckiem, mieszkałem z rodzicami na wsi ponad rok - również w ziemiance. Była prymitywna, malutka i ciasna.
Bandy UPA spaliły nam trzeci z kolei dom. Tak polowały zbrojnie nocami na Polaków.
Kto nie potrafił na klęczkach, przed hersztem banderowców, powiedzieć bezbłędnie pacierza po Ukraińsku, dostał kulę w łeb, a dobytek z budynkami, szły z dymem.
W naszym przypadku, ojcu udało się uciec spod lufy bandytów, ale utraciliśmy wszystko, co niezbędne do życia. Nie mieliśmy noża, łyżki, talerza, kubeczka czy rondla do gotowania zupy. I nie było z czego jej ugotować.
W ziemiance była kuchenka z fajerkami, wyjętymi z pogorzeliska, mały stół, prycza z patyków i fragmentów desek uzyskanych z pożaru - dla rodziców oraz skromne łóżeczko dla mnie.
Ziemianka nie miała oczywiście wody bieżącej do picia i gotowania, ani przewodów ściekowych, była najprymitywniejsza, jaką dziś trudno opisać i wyobrazić sobie.
Opał i ogrzewanie w nocy i w dzień, zastępował torf kopany na naszej łące i suszony latem na słońcu.
Całą zimę żyliśmy w okropnym głodzie. Nie było nic do jedzenia. Zboże w stodole i zwierzęta zostały spalone.
Rodziny ukraińskie, żyjące od wieków po sąsiedzku z Polakami, choć ich UPA nie zabijała ani nie paliła, nie chciały dać czy sprzedać, nawet kromki chleba.
Mieliśmy jedynie mleko od krowy, którą ojciec zdołał uchronić przez ogniem, bo dała się wyprowadzić z obory.
Spłonęły dwa konie, pięć świń, kilkadziesiąt kur i gęsi, kilkanaście królików, pies i siano dla krowy.
Tymczasem obecnie w Mierzeszynie koło Pruszcza Gdańskiego, powstała pierwsza w Polsce, nowoczesna ziemianka.
Jej mieszkańcy czerpią wodę ze studni, zbierają też deszczówkę, energii dostarcza im wiatr i słońce. Budynek ma więc prąd, choć nie ma linii energetycznej. Nie ma też kanalizacji. Oznacza to, że użytkowanie jego nic nie kosztuje.
Ziemianka, jak czytamy w dziennik.pl, powstała z odpadów. Architektka, która go zaprojektowała i wywalczyła pozwolenie na budowę - Julita Wróbel-Siemieniuk - podkreśla, że takie ekologiczne domy, budowane z materiałów odpadowych, od lat zdobywają świat.
Właścicielom ten dom tak się spodobał, że postanowili wybudować pod Gdańskiem inną ziemiankę, zatopioną w zboczu, jako inwestycję turystyczną z obiektem gastronomicznym - podaje dziennik.pl.
Źródło: nieruchomosci.dziennik.pl.
Oprac. Stanisław Cybruch
Komentarze
Prześlij komentarz