Referendum? Nie będzie! Ale koszty jego przygotowania to 600 tys. zł
O, proszę, co znaczy mieć wielką władzę i
proste dojście do wielkiej kasy. Prezydent Duda czynił wielkie starania i
prowadził karkołomne zabiegi w kierunku spełnienia swoich dążeń do referendum.
Miało być referendum konstytucyjne, przy okazji
obchodów listopadowych uroczystości świątecznych, stulecia niepodległości
Polski. Było ono i jest tak konieczne, według prezydenta, gdyż konstytucja
obowiązująca, została wyczerpana i zużyta, że nic już nie znaczy, zwłaszcza dla
obozu rządzącego.
Zatem – czas na zmianę! Nie ważne czy większość
Polaków tego chce, czy nie. Ale władza chce. I to wystarczy. Konstytucja, jako
najwyższej wagi prawo w państwie, powinna być dla rządzących wygodna w
przestrzeganiu i używaniu. Powinna być też wygodna w dowolnym stosowaniu,
zwłaszcza w trakcie wyborów i między nimi oraz w odniesieniu do trudnej
opozycji.
Tak więc referendum prezydenckiego nie będzie,
przynajmniej w tym roku. Może w przyszłym, jak zgodzi się na to prezes PiS.
Choć referendum nie było, trzeba z nie zapłacić. No, może nie za nie, a za
kampanię promocyjną i objazd po Polsce, urzędników Kancelarii Prezydenta, którzy
sami sobie zafundowali te wesołe i całkiem poważne objazdy.
Jak dobrze porachowano, co najmniej 610 tys. zł
kosztowały: kampania promocyjna i objazd po Polsce urzędników Kancelarii
Prezydenta - ustalił reporter RMF FM. Konsultowano pytania do referendum
Andrzeja Dudy dotyczące zmian w konstytucji, a pytań było, co niemiara – aż 15,
potem prezydent skrócił do 10. Plebiscyt miał się odbyć w dniach 10-11
listopada.
Termin był głośno krytykowany, nawet przez polityków PiS,
a ostatecznie wskazany termin pogrzebał i nie przyjął, Senat, zdominowany przez
PiS.
Pan prezydent musiał przełknąć czarę goryczy – dziwne,
przecież w swoim referendum chciał pytać o zmiany w obowiązującej konstytucji.
W ramach przygotowania pytań urzędnicy jego kancelarii i on sam - ruszyli w
podróż po Polsce. Spotykali się z ludźmi, rozmawiali, przekonywali, słuchali,
pisali i wszystko w niwecz poszło, jak z ogniem wiosenne trawy czy zagajniki.
Konkretne koszty podróży po kraju urzędników. Około
100 tys. złotych poszło na zorganizowanie 37 konferencji, na których pracowano
nad pytaniami. Kolejne 180 tys. złotych wydano na imprezę na Stadionie
Narodowym, na podsumowanie pierwszego etapu kampanii. 330 tys. zł - na
promocję, a więc na ulotki, spoty radiowe i ogłoszenia w gazetach.
Do tego trzeba doliczyć koszty delegacji pracowników
Kancelarii Prezydenta, ale jednak nie są one znane (pewnie tajne). Jak podało
RMF FM, biuro prasowe Kancelarii Prezydenta, są "wliczane do ogólnej puli
wydatków pracowniczych KPRP".
Efekt tych wszystkich zabiegów i wybiegów? Za ponad
pół miliona złotych, Polacy dostali 10 skomplikowanych i niejasnych pytań na
referendum, którego nie będzie, a mętne w treści pytania, pozostały na
szczęście w biurze kancelarii, bo nie wiele osób byłoby w stanie dać na nie odpowiedzi.
Mogliśmy za to bezbłędnie obserwować, jak strudzony niezmiernie
prezydent brnął w listopadowy termin głosowania, który odrzucali nawet
najważniejsi politycy Prawa i Sprawiedliwości, w tym Jarosław Kaczyński.
Źródło: fakty.interia.pl.
Oprac. Stanisław Cybruch
Komentarze
Prześlij komentarz