Popełniać błędy to rzecz ludzka. A znać kierunek marszu także


Jarosław Kaczyński może popełniać błędy, ale należy do niewielu polityków, którzy dobrze wiedzą, co by chcieli osiągnąć.

W polskiej pogodzie mamy obecnie lipiec, a nawet sierpień, i w Sejmie też. Posłowie, zwłaszcza PiS, dostroili się do zmian zachodzących w naturze, jak również i ustroju. Grzecznie sami sobie obniżyli pensje, wzięli co się należy i pojechali na miesięczne (od 11.05 do 5.06) wakacje.

"Ale o jaką drogę chodzi?"

Nikogo nie powinno to dziwić. Bo Sejm w Polsce, w miarę zmiany ustroju, coraz mniej potrzebny. Posłowie również będą coraz mniej potrzebni. I będą mieli coraz mniej pracy. A kto staje się mniej potrzebny i kto ma mniej pracy, ten musi mniej zarabiać. Więc wszystko jasne.

Prezes Jarosław Kaczyński traktuje obniżki wynagrodzeń polityków, które niedawno zarządził, jako drogę do marginalizacji nie tylko posłów czy senatorów, ale także marszałków Sejmu i Senatu i samorządowców.

Kiedy Prezes Kaczyński zapowiedział obniżenie pensji parlamentarzystów i samorządowców, komentarze dość zgodnie powtarzały, że to jest zasłona mająca przykryć skandal z premiami dla rządu, jakie przyznała Beata Szydło, albo że to zemsta za ujawnienie rządowych premii, przez posłów. Była to oczywista racja, tyle, że jeszcze nie cała. Zasłona? - Tak. Zemsta? – Tak.

Odpowiedź na pytanie, czemu właśnie tak, a nie inaczej, Prezes zareagował na skandal z premiami, jest prosta. Bo z taką decyzją było mu najbardziej po drodze. Ale o jaką drogę chodzi?

"Żeby to zrozumieć, ważne są detale"

Wedle życzenia Prezesa, które PiS wciela w życie, obcięte będą pensje posłów i senatorów oraz pensje marszałków Sejmu i Senatu, a członków rządu - nie. A w samorządzie ma być pozornie na odwrót. Obcięte mają być pensje prezydentów, burmistrzów i wójtów, a diety radnych - nie. Podobnie, bez zmian pozostają pensje wojewodów, bo nadzorują samorządy w terenie.

Ta pozorna niespójność daje się objaśnić, jeśli się prawidłowo odpowie na pytanie, dokąd może prowadzić droga Prezesa Kaczyńskiego, skoro pasują do niej tak skrojone obniżki, czyli jaki jest systemowy sens wprowadzanej zmiany. Prosty, choć mętny, bo w mętnej wodzie…

Otóż, systemowo PiS-owskie obniżki, odzwierciedlają czytelną zmianę ustrojową, która polega na obniżeniu znaczenia parlamentaryzmu i samorządności, na rzecz scentralizowanej władzy wykonawczej.

Dokładnie  jest właśnie to, co Prezes Kaczyński i inni znamienici politycy PiS, otwarcie zapowiadają od dawna - przynajmniej od głośnego projektu Konstytucji, który przed wyborami tajemniczo znikł ze strony PiS i dzięki temu trzy lata temu zasłynął, jako tajny rejestr "error 407".

"Takie przypadki się nie zdarzają"

Taka ustrojowa zmiana w dużym stopniu już się dokonała, ale jej część główna jest jeszcze przed nami. Formalnie: jeśli PiS zdobędzie większość konstytucyjną. Nieformalnie, jako ustrojowa praktyka, jak dzieje się to dotychczas: jeżeli PiS będzie miał tylko zwykłą większość w Sejmie i Senacie. Najnowszym dowodem na postęp tej zmiany, jest bezrefleksyjna sprawność, z jaką przeprowadzono obniżki pensji.

Czy można sobie wyobrazić, że w państwie rządzonym przez parlament, wyłaniający i nadzorujący władzę wykonawczą, parlament jak zbity pies, sam siebie pozbawia pieniędzy na komendę partyjnego przywódcy? Czy ktoś zna z historii podobny przypadek, który by miał miejsce w warunkach pokoju, demokracji i prosperity gospodarczej? To oczywiście jest pytanie retoryczne. Takie przypadki się nie zdarzają.

"Budujemy drugie Chiny"

Płace członków parlamentów pojawiły się, gdy uzyskały one status reprezentacji ogółu, w jego imieniu decydującej o tym, jaką politykę ma prowadzić rząd. Historycznie, wysokość tych płac rosła w miarę uzyskiwania praw wyborczych, przez kolejne (zwykle coraz słabsze ekonomicznie) grupy oraz ze wzrostem znaczenia parlamentów.

Gdy to znaczenie malało, na przykład po przewrocie komunistycznym w Polsce, płace parlamentarzystów często zupełnie znikały - ewentualnie częściowo zastępowane przez niewielkie diety, wypłacane za udział w rzadkich posiedzeniach.

"W ostatnich demokracjach ludowych jest tak nadal"

Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych (OZPL), które zbiera się raz w roku, nie musi płacić pensji swoim członkom, których jest ok. 3 tys., bo (podobnie jak w feudalnych protoparlamentach) zbierają się oni raz w roku, by formalnie przyklepać podjęte wcześniej decyzje.

Teoretycznie OZPL, jako najwyższy organ państwa, ma potężną władzę (wybiera prezydenta, uchwala konstytucję i ustawy), ale w kręgu faktycznej władzy jest tylko jego pracujące stale prezydium, mające solidne pensje i wpływ na decyzje szefostwa Komunistycznej Partii Chin.

"Konstytucyjny parlamentaryzm zastępuje autorytaryzm"

Polski Sejm, mający zbierać się teraz na 2-3 dni, raz w miesiącu, i wciąż wzmacniający uprawnienia marszałka, kosztem posłów, zmierza w stronę takiego parlamentaryzmu parawanowego.

Wiadomo wszak, że decyzje zapadają i mają zapadać gdzie indziej, konkretnie: w gabinecie Prezesa, a Sejm zbiera się, żeby je formalnie przyklepać. Nikt, choćby dla zachowania pozorów, nie pyta posłów o zdanie. Bo Prezes sam ogłasza. A pisowska większość uchwala. Najwyżej przewodniczący Terlecki lub jakiś inny gaduła trochę sobie postęka.

W tym sensie, obniżka poselskich pensji prawidłowo, choć chyba jeszcze nie w pełni, oddaje zmniejszone znaczenie i obciążenie posłów i senatorów. Sytuacja nie jest jeszcze tak jasna, jak w Chinach czy wcześniej w PRL, ale faktyczna marginalizacja Sejmu już jest faktem. W ten sposób PiS dopełnia  trwającej od początku XXI wieku ewolucji, która zastępuje konstytucyjny parlamentaryzm, coraz bardziej autorytarnym prezydencjalizmem.

"To samorząd ma dostać w kość"

Obniżka płac prezydentów, burmistrzów i wójtów w większym stopniu oddaje zamiary Prezesa, niż dokonane już zmiany ustrojowe. Intencje i tendencje są jednak czytelne. Od dwóch lat wojewodowie, rząd, parlament coraz brutalniej ingerują lub próbują ingerować w kompetencje samorządów, np. w sprawie nazw ulic, organizacji oświaty etc.

Chwilowo Konstytucja RP na to nie pozwala, ale praktyka stopniowo prowadzi w stronę państwa unitarnego, z raczej doradczą i wykonawczą, niż władczą rolą samorządów. Zdarzył się list otwarty niejakiego Wadima Tyszkiewicza, prezydenta Nowej Soli, do Jarosława Kaczyńskiego. I co? Jaki wynik tego incydentu? Żaden? Tak właśnie ma być od tej pory.

"Jaką kto ma władzę, taką dostaje płacę"

W poprzednich kadencjach stopniowo ograniczano rolę samorządowych rad na rzecz organów wykonawczych. To sprzyjało stosunkowo wysokim zarobkom prezydentów, burmistrzów i wójtów na tle diet radnych. Teraz, dążąc do ograniczenia ich władzy, na rzecz administracji rządowej, PiS ogranicza płace prezydentów etc., by wyraźniej ustawić ich w szeregu za wojewodami i ich urzędnikami.

Jeśli, po wyborach samorządowych, PiS nie zdobędzie władzy w sejmikach wojewódzkich, podobny los spotka zapewne marszałków i ich urzędników. Nie musi się to stać od razu, ale będzie raczej nieuniknione.

Bo ogólna prawidłowość w aparacie państwa jest taka, że jaką kto ma władzę, taką dostaje płacę. Bezwładność systemu może takie dostosowanie opóźniać, ale kiedy system się stabilizuje (jak zasadniczo ustabilizował się już na poziomie centralnym), dostosowanie staje się nieuchronne.

"Limuzyny dalej pędzą, a dojna władza dalej doi"

Jarosław Kaczyński może popełniać rozmaite błędy, na przykład rozjuszając swoich nielicznych sojuszników, ale należy do niewielu polityków, którzy dobrze wiedzą, co by chcieli osiągnąć. To daje mu szansę korzystania z okazji, kiedy się pojawiają. Taka szansa na popchnięcie zmiany ustrojowej o kolejny kroczek do przodu, powstała, gdy wybuchła afera z premiami rządu Beaty Szydło.

Prezes PiS jej nie zmarnował. Pod pretekstem wymuszonej skromności władzy, kolejny raz odrobinę przesunął Polskę w stronę, w którą od wczesnej młodości konsekwentnie zmierza. Skąd wiadomo, że skromność to tylko pretekst? Stąd, że poza osłabieniem instytucji konkurujących z jego wizją władzy, kompletnie nic się w Polsce nie zmieniło, po ogłoszeniu krucjaty skromności.

Limuzyny dalej pędzą, jak pędziły. Dojna władza dalej doi, gdzie może i ile może. Minister Anders nie przesiadła się do klasy ekonomicznej. Marszałek Bielan kontynuuje któreś tam okrążenie świata, w nikomu niepotrzebnych służbowych podróżach. Wszystko jest po staremu. Tylko parlament i samorządy stały się jeszcze trochę słabsze. I o to chodziło. Cała władza wykonawcza ma słabnąć, tylko jednego człowieka ma rosnąć.
Źródło: opinie.wp.pl.

Na podst. art. Jacka Żakowskiego
Oprac. Stanisław Cybruch

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Tabela Czternastej Emerytury 2025"

BYWAJĄ TACY…

PLATFORMA