Pewna apteka odmówiła realizacji recepty, gdyż była… za wąska
Ochronę zdrowia toczy ostra niewydolność w
opiece i obsłudze chorych pacjentów. I wcale nie tylko z braku lekarzy czy
pielęgniarek.
"Farmaceuta ma obowiązek zrealizować receptę,
która spełnia wymogi rozporządzenia". A lekarz ma obowiązek badać
pacjentów i leczyć oraz mierzyć linijką szkolną rozmiary recept, na których
pisze chorym leki? Coś tu jest nie tak. Coś skrzywione, czyż nie racja? Chyba
biurokracja?
Farmaceuta w jednej z aptek lubelskich nie
wydał leków refundowanych pacjentowi z gorączką, gdyż recepta, na której lekarz
zapisał leki, była za wąska o… 3 milimetry. To - według apteki - efekt nowego
rozporządzenia ministra zdrowia. Realizacja niezgodnej z podanym w rozporządzeniu
wymiarem recepty naraziłaby aptekę na straty finansowe.
Wedle nowego rozporządzenia ministra
zdrowia, które obowiązuje od 18 kwietnia 2018 roku, minimalne wymiary
papierowej recepty na leki refundowane to 200 mm na 90 mm.
Tomasz Barszcz, prezes Okręgowej Rady
Aptekarskiej (ORA) w Lublinie tłumaczy, że farmaceuta ma obowiązek zrealizować
receptę, która spełnia wymogi rozporządzenia. Nie może tego zrobić, jeżeli jest
węższa nawet o trzy milimetry. Gdyby farmaceuta zrealizował taką receptę, wtedy
NFZ miałby podstawy do cofnięcia refundacji za leki.
Jak dodaje prezes ORA, według niego, rozmiary
recepty nie powinny mieć wpływu na możliwość realizacji recepty, a tym samym
na uprawnienia pacjenta do otrzymania leku ze zniżką. Toteż prezes liczy na
nowelizację tego rozporządzenia i cofnięcie w nim zapisu o braku możliwości
realizacji recepty minimalnie mniejszej od zalecanej w rozporządzeniu.
Oto jak "dobra zmiana" potrafi zrobić z
chorego człowieka barana. Przez wiele lat wcześniej, przed najświetniejszą i
najwspanialszą "dobrą zmianą", w aptekach polskich, szerokości ani
długości recept nie szukano. Nie było czegoś takiego, żeby w aptekach mierzono
wymiary recept i odrzucano je bezwzględnie, przez głupie trzy milimetry.
A co by się stało, gdyby recepty nie miały w ogóle
wymiarów wyznaczanych przez ministra? Czy biuraliści z NFZ nie mieliby przez to
zatrudnienia? A może byliby słabi bez punktu zaczepienia, a więc i czepiania
się aptek i lekarzy? Nie, u nas nawet trudno o tym marzyć. Każdy gdzieś na
urzędzie robi wiele, żeby stawać w poprzek, narzekać, grymasić i zrzędzić.
Dzięki temu mamy u nas w kraju biurokrację walczącą,
dręczącą, nie uprzejmą. A to źle, bardzo źle, to choroba, zgryzota i smutek.
Szanowni biurokraci wszelkiej maści! Nie czerpcie tylko wzorów z marszałka
Sejmu.
Źródło: rynekzdrowia.pl i dziennikwschodni.pl.
Stanisław Cybruch
Komentarze
Prześlij komentarz